Lifestyle

…Wezmę plecak swój i gitarę

Plecak towarzyszył mi zawsze na wędrówkah. Po  bieszczadzkich połoninach, wśród mazurskich jezior, kiedy z chłopakiem rozbijaliśmy namiot tak sobie, gdzie popadło, w lesie i goniła nas policja…

To były fajne chwile. Ale wracałam potem do domu i zmieniałam się w… ożesz, ożesz, w elegancką damę? Hm? Nie, tak nie było nigdy, no, ale w każdym razie plecak zamieniałam na torebkę.

Lubiłam stare, ale takie naprawdę już wiekowe. Jedna nawet pochodziła  z 1900 roku i chyba należała do jakiegoś lekarza, a może felczera? Wszyscy moi znajomi rozpoznawali mnie po tym kuferku, kiedy  widzieli z daleka moje plecy, nawet na najbardziej zatłoczonej ulicy Berlina.

Aż któregoś dnia moje życie zrobiło ostry skręt i wygodne mieszkanie na skraju miasta, ktore nigdy nie śpi, zamieniłam na domek pod lasem na polskiej wsi, tuż przy Bieszczadach.

Wszystko wydawalo się proste i sielankowe.

W kąt poszły wysokie obcasy i  długie paznokcie. Uczyłam się kosić kosą, czym wywoływałam lawinę śmiechu u sąsiadów.  Uparłam się, więc w końcu śmiać się przestali.

plecak

Potem przyszła kolej na palenie w piecu.

Bo koniecznie chciałam mieszkać w  domu z takimi  prawdziwymi, kaflowymi. Jak u babci. Ileż ja godzin spędziłam  w pokojach czarnych od dymu, ileż nakaszlałam, zanim nauczyłam się w tych piecach palić. Ale kiedy  pierwszy raz udało mi się, cieszyłam się jak dziecko.

Potem nadeszła pierwsza zima, śnieg prawie po dach i dumne minus 20.

Oj tam, łopata stała się moją codzienną poranną przyjaciółką. Bywały dni, że musiałam wyrąbywać  ścieżkę wśród zasp, żeby moje psy mogły załatwić swoje potrzeby. No, nie przeczę, czasami chciałam rzucić wszystko w diabły.

A potem pierwsza zima minęła i wreszcie mogłam robić to, co kochałam najbardziej i dlaczego w ogóle opuściłam miasto, czyli chodzić po lasach i górach.

Każdego dnia zabierałam psy i szliśmy przed siebie, każdego dnia odkrywałam nowe zakątki, kwiaty, jakich nie uświadczysz w mieście, drzewa, do których mogłam się przytulać, ścieżkami przebiegały jelenie,  a mnie powoli opuszczał stres, nieodłączny towarzysz mojego miejskiego życia.

Czasami jechałam do pobliskiego, uroczego miasteczka, gdzie nie ma ani jednej prostej ulicy. Każda kręta pnie się wesoło w górę.

I któregoś dnia zauważyłąm, że czegoś mi brakuje. Czego? Otóż torebki !

Torebki nie miałam w ręce i nawet nie wiedziałam, kiedy jakoś niepostrzeżenie i płynnie przeszłam w erę plecaka. Właściwie plecaków, bo już, nie tylko w miasteczku, ale wiadoma rzecz, po lasach, włóczyłam się z plecakiem. Wodę w nim nosiłam, zimą termos z herbatą,

Plecak damski od Pariso był wygodny i mógł pomieścić w sobie dużo więcej, czyli też butelkę z wodą dla psów, papierowe torebki na zioła i wiele, wiele innych , potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy. Ach, książka też była, zapomniałabym, bo lubiłam czasami na polance położyć się i w niebo popatrywać i w książce zatapiać się też do zapomnienia całkowitego.

Plecakowe myśli mnie ogarnęły…

Tak czy owak, dzisiaj w wersji city zamiast torebki mam plecaczek.

Torebki śpią spokojnie w szafie, a ja, chodząc po krętych uliczkach małego miasteczka, nie muszę martwić się czy gdzieś po drodze nie zostawiłam tej torebki, bo niestety jestem bardzo roztargniona i serio, to zdarzyło mi się nie raz.

Różne były te plecaki, plecaczki, wieksze, małe, kiedyś nawet zaszalałam i kupiłam malutki, z brokacikami,  na wesele.

Ale generalnie lubię mieć coś pojemnego, do lasu, w góry, ale i na inne, bardziej miejskie okazje też. Bo  nie da się ukryć, noszę  ze sobą mnóstwo potrzebnych i niepotrzebnych rzeczy, ok, niepotrzebnych według mojego męża, dla mnie są to niezbędniki.

W moim przypadku jest to zawsze kosmetyczka, książka, portfel, kluczyki, telefon i butelka wody. To jest mój must have.

Swoją drogą jak to jest, że faceci nie muszą nic nosić ze sobą, najwyżej kluczyki do samochodu, no, a kobiety tak? Niech mi ktoś wyjaśni ten fenomen, plisss.

I dlaczego mówi się plecak damski, albo pieszczotliwie plecaczek damski i  torebka damska? A jaka inna miałaby być?

Tak czy owak, życie na prowincji po ośmiu latach toczy się leniwie, z dala od tego, od czego w sumie chciałam uciec. I uciekłam… Czyli stresu, tego wiecznego kołowrotka, tłoku i hałasu.

Mam to co chciałam, czyli śpiew ptaków za oknem, lasy za progiem, latem jagody i maliny, jesienią grzyby, koszyk w rękę na zioła, na plecy plecak, taki bardziej odporny na deszcz i śnieg, taki, żeby bez szkody mógł leżeć sobie obok mnie na polance.

A na kręte uliczki miasteczka, plecaczek  elegancki, taki vintage trochę, ostatnio w ramach sentymentalnych nawrotów takie lubię. Nawet zdradzę ci, gdzie możesz takie cudo nabyć, o na przykład  tutaj.

I powiedz, czy potrzeba coś więcej do szczęścia ?

Pozdrawiam serdecznie – Greenelka

Możesz wesprzeć to, co robię, tutaj :

Patronite.pl/greenelka

(Visited 298 times, 1 visits today)

komentarzy 15

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

×

Polub Greenelkę na Facebooku