Lifestyle

Ten dzień, kiedy powiesz sakramentalne „tak”…

40 lat, sorry, 20 lat minęło…

Dokładnie tyle lat minie w przyszłym roku od dnia kiedy podaliśmy sobie ręce i  postanowiliśmy być razem, „dopóki nas śmierć nie rozłączy”.

Wiele wody upłynęło od tego czasu, nieraz zdarzyło się, że nasze serca lubiły wybierać różne kierunki. Nie żeby od siebie się oddalić, to nie, ale jednak jak to w małżeństwie, różnie bywało.

Nigdy nie zapomnę tamtego dnia, we wrześniu 2001 roku, tuż po zamachach na Dwie Wieże w Nowym Jorku. Ale nieważne, nie o tym chciałam.

No więc jechaliśmy do ślubu naszym pierwszym samochodem, małym Daihatsu, śmiesznym po prostu, do którego pasowały  cztery osoby w porywie, a nas było pięć , więc mały samochodzik ledwo  dyszał i sapał, czasami przechylał się na boczki, ale w końcu dotarł dzielnie na miejsce.

A traf chciał, że mieszkaliśmy wtedy w dzielnicy Berlina, której urząd stanu cywilnego był na bogato. W ogóle cała dzielnica taka była.

No i kiedy zajechaliśmy na miejsce i nasze małe, słodkie autko zajęło karnie miejsce na parkingu wśród mercedesów, audi, a nawet jeden rolls royce pysznił się zarozumiale, pomyśłałam sobie przez chwilę, że znalazłam się na fałszywym miejscu. Te napuszone limuzyny, te paniusie w kostiumikach za 5000 dolarów, ci panowie w garniturach od Armaniego.

Gdzieżby nam do nich – mogłabym pomyśleć, ale nie, nie pomyślałam tak, wiadomo. Nie szata zdobi czlowieka, a w tym przypadku nie auto zdobi człowieka. Poza tym nasze autko zdobiło coś innego. Zaraz ci powiem co to było.

Bo może i było malutkie i skromnie przycupnięte między wypasionymi kuzynami z rodu bmw i spółki, ale za to miało właścicieli, którym nie brakowało fantazji.

Bo my, ozdobilismy nasze niebieskie daihatsu czymś, czego inne samochody nie miały.

Czy nikt na ten pomysł nie wpadł?

Nie wiem, wiem natomiast, że kiedy wychodziło się z USC, w oczy rzucał się mały samochodzik z  bukietem kwiatów na masce, a na samym przodzie, na dole, tam gdzie powinny być nudne numery  rejestracyjne, była wesoła wiadomość, oznajmiająca wszem i wobec, że oto tym samochodzikiem przyjechała najszczęśliwsza para świata.

Tablice rejestracyjne na ślub nie były widocznie popularne wśród młodożenców tamtego dnia. Byliśmy jedyni. Prekursorzy:)

ten dzień , w ktorym powiedziałeś sakramentalne "Tak"

Dzisiaj jest inaczej.

Ozdabianie aut młodych par jadących do ślubu oryginalnymi tablicami rejestracyjnymi,stało się bardzo popularne i bardzo dobrze, bo to świetny pomysł, nie tylko, żeby się wyróżnić, ale i po to, aby po latach mieć piękną pamiątkę.

Można nie tylko takie cudo mieć na własnym aucie, tak, żeby wszyscy wiedzieli, kto zacz ci szczęśliwcy, co w środku przytuleni siedzą, a panna młoda zapłoniona, twarz kwiatami zasłania.

Ale widać, że za autem nowożeńców sunie cała kawalkada pojazdów, które równie wesołe tablice rejestracyjne posiadają.

Tu rodzice panny młodej, za nimi brat z bratową, babcia Zosia i dziadek Felek… Ciotka Ania i wujek Maciej. Niesamowite, jak pięknie można wzbogacić właśny ślub:)

20 lat minęło…

A ja dzisiaj wiem, że wtedy, we wrześniu 2001 roku, wpadłam na  mega pomysł ozdobienia naszego małego autka, naszej mini karocy ślubnej oryginalnymi tablicami. Agnieszka i Rene, forever.

Tablice rejestracyjne na ślub są naprawdę super pomysłem, mogą być też super prezentem. I to jakim ! Pamiątką na całe życie , aż się łezka w oku zakręci:)

Pozdrawiam serdecznie – Greenelka

Możesz mnie wesprzeć tutaj  https://patronite.

 

(Visited 194 times, 1 visits today)

komentarze 2

  • Ania

    I u mnie w tym roku 20 lat 🙂 ale po ślubie a razem to już będzie jakieś 27 🙂 minęło i sama nie wiem kiedy 🙂
    Fajny pomysł z tymi tablicami rejestracyjnymi, może j nam takie sprawię na te 20 lat 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

×

Polub Greenelkę na Facebooku