Lifestyle

Wyprowadzka na wieś z dwoma minusami

 Kiedy przed laty planowaliśmy zwinąć się i wyjechać z miasta na wieś, nie wzięliśmy pod uwagę kilku spraw.

Bo, że ciagnęła nas natura, to wiadomo. Że chcieliśmy spokoju, to też. Inna sprawa, że ten spokój był na poczatku iluzoryczny.

Stary dom, pełen niemiłych niespodzianek, wymagal od nas tyle pracy i samozaparcia, żeby wszystko ogarnąć, że o spokoju można  było tylko pomarzyć. Jak to typowe mieszczuchy, w dodatku nigdy w życiu nie mający z kupnem domu nic współnego, rzuciliśmy sie w wir remontu, którego efektem ubocznym, ale jakże spektakularnym, był zawał mojego męża.

W końcu jednak, po wielu perypetiach, kiedy całe dnie spędzałam na zmianę w szpitalu, sanatorium u mojego męża i ” na budowie” w domu, wszystko jakoś ogarnęłiśmy i pozostalo nam tylko mieszkać.

Po prawie ośmiu latach, mogę spokojnie zrobić małe podsumowanko.

Co z niego wynika?

Na pewno nie zawiodła nas natura.

Latem i wiosna jest tu tak pięknie, że człowiek pyta się czy jest jeszcze gdzieś piękniejszy zakątek. Jesień jest też urocza, z jej złotem i czerwienią.

Zwłaszcza dla mnie, która uwielbia włóczyć się po lasach.

Zima za to jest gorsza do strawienia. Nie to, żeby byłą brzydsza, bo kiedy nasypie śniegu, widoki są bajeczne, w końcu to góry są i kiedy spogladam przez okno, za każdym razem zapiera mi dech z zachwytu.

Ale… Ale … Tu zaczyna sie nasz największy problem i minus życia na wsi.

Może nie chodzi o wieś jako taką, ale konkretnie naszą wieś.

Bo my, kiedy zdecydowaliśmy się zamieszkać w tak malowniczym miejscu, nie zauważyliśmy, że dom jest na samej górze, a  na tę górę jest kiepski dojazd. Asfaltu nie doprosiliśmy się do dzisiaj, choć to droga gminna, nie prywatna.

Więc, chociaż tak naprawde nie żałuję tego, że zamieniłąm mieszkanie na stary dom pod lasem, z sentymentem wspominam chwile, kiedy jeździłam rowerem na zakupy, kiedy mogłam obejść się bez samochodu, kiedy droga nie prowadziła pod górkę.

Wygodne ścieżki rowerowe, po drodze ławeczki, na których można sobie miłą pauzę uciąć i smakowitą książkę poczytać…

Tak, to był ten miły aspekt mieszkania w mieście…

Albo piesze wędrówki przez park, właściwie dwa, bo jeden sie kończył, a drugi zaczynał. A na samym końcu bylo takie mini centrum handlowe, gdzie w każdą sobotę robiliśmy zakupy.

Kiedy nie jechałam rowerem, bralam ze sobą torbę na kółkach na zakupy.

To było rozwiązanie niekoniecznie tak fajne jak rower, ale baaardzo praktyczne, bo mogłam włożyć do niej  o wiele więcej niż do małego koszyka, który  przymocowany był z tylu mojego czerwonego roweru – holenderki.

Czego ja tam nie wkładałam! Właściwie wszystko.

Torba byla pojemna, wygodna i stabilna.

Droga z domu do centrum i z powrotem była baaardzo długa, bo zawsze ( oczywiście , kiedy pogoda sprzyjała), siadalam na ulubionej ławeczce i z mojej przepastnej torby na kółkach wyciągałam książkę i czas sie zatrzymywał.

Mój mąż bardzo często, kiedy długo nie wracałąm, wychodził mi naprzeciwko i niepostrzeżenie siadał obok mnie na ławeczce. A ja byłam tak zatopiona w lekturze, że nawet tego nie zauważałam. Kiedyś posunął  sie do tego, że cichaczem zabral tę torbę na kółkach i odszedł, a ja nadal czytałam….

Torba na kółkach na zakupy przyjechała ze mną z miasta na wieś, prawie 1000 km i wiesz co, chyba ją wyciągnę ze strychu i skoro zbliża się wiosna, zabiorę ją na zakupy do małego sklepiku we wsi.

Nie ma co prawda ławeczek po drodze, ale miła trawka się znajdzie. A książkę zawsze mam przy sobie…

Ach, jeszcze drugi minus życia na wsi. Jeszcze wciąż widuję psy na łancuchach.

Pozdrawiam serdecznie _ Greenelka

Możesz mnie wesprzeć tutaj  https://patronite.

 

 

(Visited 288 times, 1 visits today)

komentarzy 8

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

×

Polub Greenelkę na Facebooku