Koty

Good bye Felix, good bye, mój mały, wierny przyjacielu

Byl gorący lipcowy dzień,  2019 roku. Parking przed sklepem w naszej wsi. Rozgrzany do czerwoności. Wchodzimy, żeby kupić lody. Za chwilę okaże się, że to one będą początkiem niezwykłej przyjaźni.

Kiedy już z zimną słodyczą w dłoni, spojrzałam w bezchmurne niebo, nagle uslyszałam przenikliwy, rozpaczliwy płacz.

Wydobywał się spod jednego z samochodów.

Z nieszczęsnym lodem w ręce, bo ochota na niego przeszła mi w jednej sekundzie, położylam się prawie na betonie i zajrzałam pod auto.

Zobaczyłam kupkę nieszczęścia, czyli malutkiego, zabiedzonego, chudziutkiego kotka, o buro – białym nastroszonym futerku.

good bye Felix

Nie mam pojęcia skąd tam się wziął.

Czy jak to często bywa, ktoś, komu znudził się, zostawił go na pastwę losu na rozgrzanym parkingu?

Czy też po prostu był jednym z setek, tysiecy kotów, nikomu niepotrzebnych, tych, które przychodza na świat, bo ludzi w swojej bezmyślności nie sterylizują kotek i nie kastrują kocurów?

Wciąż przecież w naszym społeczeństwie, zwłaszcza na wsi pokutuje pogląd, że przecież ” kocur musi mieć swoją przyjemność”, a kotka? No cóż, jak jej się przydarzy, a przydarza sie dwa razy do roku, to niestety wciąż jeszcze żywa jest metoda:  kocięta potopi się i po kłopocie.

A jeśli nie, to błąkają się bezpańskie, niepotrzebne, chore, po okolicy. Długo nie żyją takie koteczki, bo też szans na długie życie mają niewiele.

Więc nie wiem jak było z moim nowo poznanym znajomym w szarym, pręgowanym garniturku i białym konierzyku.

Ale jedno było wiadome od początku. Spojrzeliśmy sobie w oczy, on w moje brązowe, ja w jego zielone i już wiedzieliśmy, że jesteśmy przyjaciółmi. Na długie kocie życie…

Tak myśłałam. Co myślał kotek, nie zdradził mi, ale kiedy tylko wyszedł spod samochodu, pozwolił wziąc się na ręce i z apetytem zabrał się za mojego loda. Waniliowego w czekoladzie.

Po czym spokojnie wtulił się w moje ramiona i kocim zwyczajem włączył motorek w gardziołku, a my motor w aucie i bez słów, jakbyśmy wiedziel, że decyzja mogła być tylko jedna, pojechaliśmy do domu.

Przywitanie z innymi kotami i psami było takie jak zawsze, czyli bez warczenia i fuczenia. Za to zaciekawione spojrzenia psów i raczej pełna ostentacja kocich tygrysków.

Dla nas nic nowego – zawsze tak było, pełna zgoda i harmonia.

Nie wiem  na czym polega ten fenomen, może na poczuciu współnoty? Że wszyscy do siebie należymy? Że dajemy sobie radość?

Nie wiem. Często się nad tym zastanawiam i nie znajduję odpowiedzi.

Nazwałam go Felix. Po łacinie szczęście. Chciałam, żeby był szczęśliwy.

Zastapił mi moją Meggy.

Srebrną koteczkę, o której zdrowie walczyłam kilka miesięcy, a która była dla mnie przyjaciółką od początku do końca jej krótkiego życia.

To koteczką, której historię opisałam tutaj, a której los poznały setki ludzi, dzięki niej poznałam prawdziwych przyjaciół. Meggy połączyła wiele serc i sprawiła, że z wielu oczu płynęły łzy.

Nie sądziłam, że los da mi jeszcze raz futrzatego, małego tygrysa za przyjaciela.

Felix się nim stał.

Był zawsze przy mnie.

Leżał na biurku jak Meggy, kiedy pisałam. Chodził ze mną i psami na wycieczki do lasu. Zaprzyjaźnił się z wielkimi psami z sąsiedztwa. Na swoich krótkich łapeczkach podążał za mną każdego dnia po leśnych ścieżkach. Kiedy był zmęczony, brałam go na ręce i szliśmy sobie razem, ja wdychająca zapach drzew, Felix mruczący słodko swoje kocie piosenki.

Kiedy szłam spać, Felix kładł się przy mojej głowie. Tylko on miął ten przywilej. Inne koty zadowalaly się fotelami, szafami, półkami…

Niedziela. 02 sierpnia tego roku. Felix wyjątkowo nie poszedł ze mną na spacer. Miał inne, ważne kocie sprawy.

Były niestety ostatnie. Może chciał pobawić sie w trawie, może po prostu cieszyć się ciepłem sierpniowego słoneczka. Nigdy się tego nie dowiem.

Miał pecha.

Nie mieszkam w mieście, mieszkam na krańcu wsi, na przysłowiowym końcu świata. Droga prowadząca do naszego domu jest drogą niewielkiego ruchu. To nie ulica, po prostu wiejska asfaltowa droga. Nie trzeba nią szybko jeździć. A na pewno nie tak, żeby w efekcie mały kotek leżał na niej z krwią wypływajacą z pyszczka.

Kiedy rano wracałam z lasu, napotkany sąsiad powiedział mi, że na drodze leży kotek.

Serce zabiło mi bardzo mocno. Wiedziałąm, czułam, że to mój Felix, mój kochany mały, futrzaty przyjaciel.

Nie żył już. Leżął na boku, a prawe oczko wyszło mu z oczodołu i leżało jak wielka kula na asfalcie, nitkami krwi przyklejone do kociej główki.

Uderzenie musiało być bardzo mocne.

Mój mały przyjaciel , mój Feliksiu, towarzysz moich leśnych spacerów, był ze mną tylko rok…

A miało być długie, kocie życie…

Good bye Feluniu, good bye, biegaj z Meggusią za tęczowym Mostem….

Pozdrawiam – Agnieszka

(Visited 251 times, 5 visits today)

komentarzy 12

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

×

Polub Greenelkę na Facebooku